Dilerowi narkotyków auto można zabrać. A pijanemu kierowcy?
26 sierpień, 2010, Autor: Krzysztof SobczakSąd Najwyższy uznał, że można skonfiskować samochód, którym przestępca przewozi narkotyki. Teraz będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, czy to samo można zrobić z pojazdem, którego właściciel jeździ nim po pijanemu. O rozstrzygnięcie takiego właśnie problemu zwróciła się do SN rzecznik praw obywatelskich.
- Samochód nie może być uważany za narzędzie przestępstwa i nie można go odbierać pijanemu kierowcy. Pojazd mechaniczny stanowi przedmiot czynności wykonawczej przestępstwa, a więc nie należy do kategorii przedmiotów, które służą lub są przeznaczone do popełnienia tego przestępstwa - twierdzi Rzecznik i kieruje kasację do Sądu Najwyższego. Wnosi o uchylenie wyroku w części pozbawiającej sprawcę przestępstwa prawa własności pojazdu. Chodzi o konkretną osobę i konkretny samochód, ale do rozwiązania jest problem generalny. Po pierwsze dlatego, że takich wyroków jest więcej a kolejne wnioski prokuratorów czekają na decyzje sądów. Po drugie dlatego, że idea zabierania samochodów nietrzeźwym kierowcom jest w społeczeństwie dość popularna i parę razy pojawiały się już nawet zapowiedzi wprowadzenia odpowiednich zmian w prawie. Wprawdzie są też opinie, że obecne prawo pozwala na takie decyzje, ale są też wątpliwości, czego najlepszym dowodem kasacja rzecznika praw obywatelskich.
Pora więc, by Sąd Najwyższy rozstrzygnął te kontrowersje. Tylko jak ma to zrobić, skoro w wyroku z 26 sierpnia stwierdził, że w dość podobnych okolicznościach samochód można skonfiskować? - Przepadkowi na rzecz Skarbu Państwa ulega przychód, a nie dochód sprawcy przestępstwa – stwierdził SN. – Ustawodawca dopuszcza przepadek samochodu, którym było popełnione przestępstwo przewozu narkotyków. A zatem następuje przepadek przedmiotów przestępstwa bez odliczania nakładów poniesionych na ich wytworzenie. Przepada więc cała korzyść z nielegalnie prowadzonej działalności, nawet gdyby część przedmiotów była nabyta środkami legalnie zarobionymi – podsumował sędzia sprawozdawca.
No może tak całkiem to nie jest taka sama sprawa, ale pewne analogie są. W każdym razie sędziwie łatwego zadania mieć nie będą.
Krzysztof Sobczak
Minister wprowadzi doradców bocznymi drzwiami
20 sierpień, 2010, Autor: Krzysztof SobczakMinisterstwo Sprawiedliwości długo nie mogło sobie poradzić z projektem ustawy o państwowych egzaminach prawniczych. Od ponad dwóch lat padały zapowiedzi, że już powstaje i kolejne jego wersje stawały na posiedzeniach Rady Ministrów. Ale bez powodzenia, ponieważ do przyjęcia projektu nie dochodziło. A to wykrywano w nim jakieś niedoróbki legislacyjne, a to podobno premier był niezadowolony, że jest on zbył łagodny. A miał być ostry, czyli radykalnie ułatwić dostęp absolwentów wydziałów prawa do praktyki prawniczej.
Podobnych projektów, które mają pozwalać m.in. na reprezentowanie klientów przed sądami osobom bez tytułu adwokata lub radcy prawnego, jest w Sejmie już kilka. W większości autorstwa posłów PiS, chociaż co najmniej jeden pochodzi z kierowanej przez posła PO Janusza Palikota komisji “Przyjazne Państwo”.
Z tymi sejmowymi idzie dość niemrawo, bez przekonania zajmują się nimi komisje. Wszystkie zmierzają w tym samym kierunku (absolwent prawa pełnoprawnym prawnikiem), ale każdy z nich załatwia tylko kawałek problemu i raczej rozrywa system niż go tworzy, czy uzupełnia.
Rządowy projekt o egzaminach prawniczych jest (był?) z tego pakietu dokumentem najbardziej dojrzałym i kompletnym, stwarzającym pewien model dochodzenia do zawodu. Był on krytykowany jako droga na skróty, dająca osobom nią podążającym niemal to samo, co radcowie i adwokaci muszą zdobywać podczas trudnej i kosztownej aplikacji. Mimo tej krytyki, rząd zmierzał do uchwalenia tej ustawy, chociaż nie zawsze konsekwentnie. Były momenty, że przedstawiciele resortu sprawiedliwości mówili, że ustawa na pewno powstanie, a kiedy indziej robili uniki i puszczali oko do samorządów prawniczych. Teraz najwyraźniej kij i marchewka stosowane są jednocześnie. Minister może powiedzieć, że zrezygnował z prac nad tym projektem, a prace legislacyjne będą i tak się toczyły. Bo to przecież projekt poselski. Oczywiście, tylko jego autorami (?) i promotorami są posłowie rządzącej Platformy Obywatelskiej. No i projekt jest taki sam. Napisali “z głowy” identyczny, czy dostali od ministra?
Praktyka parlamentarna pokazuje, że poselskie projekty wychodzące z opozycji mają niewielkie szanse na uchwalenie. Te proponowane przez klub partii rządzącej - przeciwnie, to prawie pewniaki. I jest jeszcze jedna praktyka: posłowie partii rządzącej wnoszą często do laski projekty rządowe, z którymi ministrowie mają jakieś kłopoty. Wtedy nie trzeba prowadzić trudnych konsultacji społecznych i międzyresortowych. Minister i premier nie muszą też odpowiadać na kłopotliwe pytania, bo to przecież oddolna inicjatywa poselska.
W tym przypadku za dużo było szumu wokół projektu rządowego, by ktoś w to uwierzył.
Historia tego projektu powinna także dawać do myślenia tym adwokatom i radcom prawnym, którzy liczą, że gdzieś w głębokiej szufladzie zalegnie projekt ustawy o tzw. nowej adwokaturze. Owszem, to co teraz robi minister sprawiedliwości może stwarzać takie wrażenie, ale równie dobrze jakiegoś pięknego dnia może się okazać, że całkiem podobny projekt zaniosła właśnie do Sejmu grupa posłów.
Krzysztof Sobczak
Pomoc tylko dla zameldowanych powodzian
19 sierpień, 2010, Autor: Krzysztof SobczakCo dziesiąty powodzianin nie dostanie zasiłku na remont zniszczonego przez wodę domu. Trzeba w nim mieszkać lub przynajmniej być zameldowanym. To efekt interpretacji przepisów specustawy przez urzędników MSWiA: nie wystarczy być właścicielem nieruchomości - donosi Dziennik Gazeta Prawna.
Ta interpretacja - dość typowa dla dotychczasowego sposobu myślenia naszej administracji - ogłoszona została zaledwie kilka dni po uchwaleniu przez parlament ustawy, która od 2014 roku znosi w Polsce obowiazek meldunkowy. Mało tego, już w przyszłym roku mają pojawić się pierwsze ułatwienia w tej dziedzinie.
To sygnał, że naszym urzędom nie przyjdzie łatwo zaakceptowanie tej nowej regulacji. Sygnały, że tak będzie, pojawiały się zresztą już w trakcie prac nad tą ustawą. Trwały one dość długo, ponieważ różne resorty zgłaszały do projektu wiele uwag. Szczególnie te, które potrzebują mieć nad obywatelami kontrolę. W końcu jednak rozwiązanie, które jest stosowane w wielu krajach, zostało do polskiego systemu prawnego wprowadzone.
Teraz urzędnicy muszą uczyć się z nim pracować. Np.znależć inne sposoby na sprawdzenie, czy osoba ubiegająca się o publiczną pomoc, ma do niej uprawnienie. Do 2014 roku już nie tak daleko.
Czy umowy przewidujące success fee są nieetyczne?
22 lipiec, 2010, Autor: Michał KocurZasady etyki adwokatów i radców prawnych zabraniają prawnikom umawiania się z klientami na wynagrodzenie, które zależne jest w pełni od wyniku prowadzonej przez nich sprawy (na wynagrodzenie zależne od wyniku sprawy przyjęło się angielskie określenie „success fee”, choć prawnicy chcący zaimponować swoim klientom znajomością łaciny będą mówić raczej o „pactum de quota litis”). Adwokat lub radca może, zgodnie z tymi zasadami co najwyżej umówić się, iż jego wynagrodzenie będzie podwyższone w przypadku pozytywnego zakończenia sprawy. Takie rozwiązanie przewidziane jest nie tylko w obecnie obowiązujących zasadach etyki, lecz również w najnowszym projekcie Kodeksu Etyki Adwokackiej przygotowanym przez zespół warszawskich adwokatów i radców.
Zakaz pełnego uzależniania wynagrodzenia od wyniku sprawy nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia. Na umowach przewidujących takie wynagrodzenie bez wątpienia zyskują klienci. Umowy te powodują, iż interesy prawnika i klienta stają się zbieżne. W przeciwieństwie do wynagrodzenia opartego o stawkę godzinową umowy oparte na success fee motywują prawników do wysiłku intelektualnego zamiast do zwiększania ilości godzin pracy. W literaturze przedmiotu (głównie amerykańskiej, gdyż brak jest w Polsce pogłębionej analizy tego zagadnienia) wskazuje się, iż umowy przewidujące wynagrodzenie zależne od wyniku sprawy zwiększają szansę klientów na zawarcie ugód na korzystnych warunkach. Ważna jest również okoliczność, iż wynagrodzenie takie ułatwia dostęp do pomocy prawnej osobom, których na skorzystanie z fachowej pomocy prawnej nie stać. Klient bowiem płaci prawnikowi tylko wtedy, gdy ten sprawę wygra, a zasądzona kwota zostanie zapłacona.
Przeciwko dopuszczalności wynagrodzenia w oparciu o wynik sprawy przytacza się różne argumenty. Żaden z nich nie jest przekonujący. Twierdzi się, iż proponowanie takiego sposobu wynagrodzenia stanowi nieuczciwą konkurencję, a prawnik nie może pracować za darmo. Jest to nieporozumienie. Uzgadniając wynagrodzenie prawnik liczy nie tylko jego wysokość, lecz również prawdopodobieństwo jego uzyskania. Wynagrodzenie zależne od wyniku sprawy różni się tym od wynagrodzenia z góry określonego, że prawnik umawia się z klientem na kwotę wyższą niż w innym wypadku klient zgodziłby się zapłacić, przy czy w swoich kalkulacjach uwzględnia ryzyko, że wynagrodzenia tego może nie uzyskać. Nie można z góry, w sposób ogólny stwierdzić, że wynagrodzenie oparte na success fee jest bardziej lub mniej korzystne dla prawnika niż wynagrodzenie ustalone w tradycyjny sposób. Nie można więc uznać, iż ktoś kto takie wynagrodzenie proponuje klientom nieuczciwie konkuruje z innymi prawnikami. Podnosi się również, iż umowy z zakresu pomocy prawnej nie są umowami rezultatu lecz umowami starannego działania, a prawnik nie może dawać gwarancji pomyślnego wyniku sprawy. Ten argument również nie uzasadnia zakazu umów przewidującychsucess fee. Jest oczywiste, że czymś innym jest gwarantowanie wyniku sprawy przez adwokata, czy radcę, a czymś innym uzależnienie wynagrodzenia od tego wyniku. Za większością argumentów mających przemawiać za obowiązującym zakazem umów o success fee zdaje się stać założenie, iż należy chronić prawników przed konkurencją ze strony ich kolegów, zwłaszcza tych, którzy są gotowi wziąć na siebie większe ryzyko. Konkurencja cenowa jest tylko jedną z wielu płaszczyzn na których mogą konkurować prawnicy. Nie ma żadnych powodów, by w tym zakresie samorządy ingerowały w zasadę swobody umów.
Kwestią sucess fee niedawno zajął się ustawodawca. Ustawa o dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym (czyli ustawa o pozwach zbiorowych), która weszła w życie 19 lipca br., przewiduje, iż umowa regulująca wynagrodzenie pełnomocnika może określać wynagrodzenie w stosunku do kwoty zasądzonej na rzecz powoda, nie więcej niż 20 % tej kwoty. Uważam, iż oznacza to, że radca lub adwokat może umówić się, że jedynym jego wynagrodzeniem za prowadzenie sprawy w postępowaniu grupowym będzie część zasądzonej kwoty. Ustawodawca przyjął, iż takie rozwiązanie nie budzi wątpliwości z punktu widzenia etyki. Jeżeli zgodzić się z decyzją, by w przypadku postępowań grupowych można było umawiać się na wynagrodzenie w pełni zależne od wyniku sprawy, to nie widać powodów, dla którego nie miało być ono dopuszczalne w innych sprawach. Dobrze byłoby zatem, gdyby przy opracowywaniu nowych regulacji dotyczących świadczenia usług prawnych wyraźnie wskazać w ustawie, iż dopuszczalne są umowy przewidujące success fee.
Michał Kocur
www.spory-arbitraz.blogspot.com














Strona główna










